Wybory
Na niebie szarość walczyła z błękitnością, na ziemi zieleń z brakiem zieleni. Dziwne – nigdy wcześniej nie dostrzegłam tej walki. Małe gawrony bez przekonania robiły zakłady, czy wygra lato, czy jesień. Dziobały w zmarzniętej ziemi i czuły, że zwycięży chłód i nagość. Ale i tak robiły zakłady, bo im się nudziło.
Szłam po szarym chodniku. Niebo, niebo, drzewa. Trącałam nowymi czarnymi butami żółte liście. Dziwne tęsknoty i troski, stare pragnienia, urok zamglonych wspomnień – to wszystko zmieszało się z chłodem w metafizyczną, przyjazną melancholię.
Przede mną pojawiło się przedszkole. Zobaczyłam tabliczkę. Nie pamiętam, czy na pewno była czerwona. Było na niej namalowane, wygrawerowane – nie wiem – którędy do mojej komisji wyborczej. Poszłam we wskazanym mi kierunku. Schody z kamienną barierką pośrodku i z przesmykiem na dole między nią a ogrodzeniem. Jeśli wejdę na górę po prawej stronie, od wejścia odgrodzi mnie barierka. Trzeba przejść przez przesmyk. Dziwne.
Zamarzył mi się szpaler młodych żółciejących brzóz. Widocznie noszę go w pamięci. Weszłam do środka. Mało ludzi. Przy stole mojej komisji nikogo nie było. Jako że to moje pierwsze wybory, poczułam się nieswojo. Jedna pani chciała wyręczyć tę brakującą, ale wtedy ta przyszła, uroczyście się uśmiechając. W ogóle wszystko było podniosłe. Nawet krzesła. Myślę, że to przez flagi.
Odebrałam dwa arkusze, usiadłam za wolnym stołem. Zakreśliłam dwa krzyżyki i wrzuciłam wszystko do urny. Bez długopisu, bo był przyczepiony do stołu. Nie byłam aż tak rozkojarzona. Miałam wyjść, kiedy przypomniało mi się, że, w ramach ostrożności, trzeba przedtem przejść przez jakieś obce światy. Niepotrzebne utrudnienie! Ale całkiem ciekawe. Szłam, szłam, wzdłuż sali w kierunku drzwi wyjściowych. Przez moment byłam chyba gdzieś na oceanie, potem w jakimś dusznym lesie (że też las może być duszny), później otoczyły mnie kształty jak z surrealistycznych malunków. Wyjście.
Ojej.
Jestem po drugiej stronie barierki.
I za szklanymi drzwiami. Otwieram. Nie wiem do tej pory, czemu:
a) Nie rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znalazłam, w końcu nie była to sala wyborcza, tylko to miejsce, do którego wchodziło się po schodach bez przełażenia przez przesmyk,
b) Nie cofnęłam się, kiedy za szklaną szybą ukazał mi się zupełnie inny krajobraz, niż ten widziany przez szybę.
No, nie wiem po prostu. Niektórych rzeczy nie można wiedzieć.
Nie było schodów. Była ciemna ziemia, ciemna zieleń i niebieskie niebo. Wyszłam z budynku i już go nie było. Więc nie ma powrotu. To dobrze. Czy to Narnia? Oby to była Narnia. Gawrony. Spuszczają dzioby na kwintę.
- Przegrałem zakład…
- Ale…
I wtedy się obudziłam. Zwyciężyła nie ta partia.
Elf
Dominice
22.08.18r.
Siedzę w czytelni publicznej. Pode mną biblioteka. Przygotowuję dłuższą pracę na temat fantastyki w romantyzmie. Książki tworzą kolorową wieżę. Na szczycie, nie wiem czemu, położyłam komórkę. Jest jak latarnia morska wśród oceanu notatek. Patrzę na nie i wydaje mi się, że widzę pourywaną, splątaną nić. A to tylko ślad po piórze. Słowa, słowa… Ciekawe, czy elfy istnieją? Czy istnieje ich król? Rozglądam się dokoła. Jestem sama, poza strażniczką czytelni, zaokularzoną i zaczytaną damą. Księżyc, jeszcze niepełny, ukazuje się za oknem, blady, czysty, daleki…
Nie, elfy nie istnieją. Istnieją terminy pisania prac i kłopotliwe sytuacje, gdy nie odda się ich na czas. Biorę pióro.
Ale nastrój baśniowy już mnie nie opuszcza. Zabawne, jak kilka wątpliwych ulepszeń i upiększeń, potrafi zawładnąć duszą przyzwyczajoną do równie wątpliwej zwyczajności, jak w starych budynkach i kojących krajobrazach serce szuka cudów i odwagi, podczas gdy może je znaleźć w swoim Stwórcy, wewnątrz siebie.
Pragnienie niezwykłości i przygody rozpala mnie tak mocno, że wynajduję czystą i gładką kartkę i piszę list: „Kochany Nieznajomy, wierzysz w elfy? Wydaje mi się, że w niektórych lasach wciąż można je spotkać. A fantastyka i baśniowość ujawniają się niektórym nawet w zurbanizowanym świecie. 12.09.18r. o 18.00 czekam na Ciebie w Matriksie, w żółtym kapeluszu. Pozdrawiam, Róża”.
Oddaję chwilowo wypożyczone książki. Schodzę na dół i niby beztrosko wędruję między regałami. Wreszcie odnajduję trylogię Tolkiena i w pierwszej części chowam swój list.
12.09.18r.
Spaceruję po parku w pobliżu kawiarni Matriks. Mam na sobie żółty kapelusz. Jest szesnasta. Gdy tylko skończyły się lekcje, pożegnałam się z kilkoma osobami z klasy i samotnie pojechałam na końcowoletni spacer. Nie mogłam zapomnieć o liście. Co noc wyobrażałam sobie, co się stanie, jeśli rzeczywiście będę czekać w kawiarni z żółtym kapeluszem na głowie. Zwyczajność i nieskończoność problemów coraz silniej pchały mnie przed drzwi Matriksa. Ten dzień jest na dodatek wyjątkowo nużący i dezorientujący.
Jest siedemnasta trzydzieści. Wchodzę do środka i zajmuję stolik w rogu, przy oknie. Promienie słoneczne o szczególnej, spokojnej barwie zatrzymują się na kapeluszu. Zamawiam sernik na zimno i herbatę. Chcę od razu płacić. Jest przyjemnie. Ciche rozmowy kilku grupek i znana, kojąca muzyka. Tylko we mnie dzieją się rzeczy gwałtowne i niepokojące.
Prawie osiemnasta. Nie mogę powstrzymać się przed ciągłym zerkaniem na drzwi i za okno. Gdy zegar wybija pełną godzinę, wchodzi chłopak. Z jego oczu wyfruwa czarny lśniący czar, dym, który powoli dociera do mnie i krąży wokół mojej głowy. Nie, to tylko chwilowe osłabnięcie. Nie patrzę już na niego, ale wiem, że idzie do lady, a po chwili w moją stronę.
- Mogę się przysiąść?
- Tak, proszę.
Czar znowu działa. Dym zasłania wszystko.
- Ładny kapelusz.
- Dziękuję.
- Jestem Kuba.
- Miło mi, Róża.
Wreszcie widzę wyraźniej. Chłopak ma oczy i to one przyciągają moje spojrzenie. Już nic nie mówimy. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie jest trudno ani łatwo. Muszę robić wysiłek by patrzeć, ale to tak naturalne, jak w innym przypadku rozmowa. Nikt do nas nie podchodzi żeby zapytać o zamówienie. Może po to był przy ladzie. Milczenie przedłuża się, ale czas na to nie zwraca uwagi. Siada na wolnym krześle i czasami tylko macha to jedna, to drugą ręką, jakby płynął. „Kuba” – słyszę w głowie. „Ładny kapelusz… żółty…”
- Więc znalazłeś list? – pytam mimo wszystko.
- Jaki list?
- W książce z biblioteki, w „Drużynie Pierścienia” – odpowiadam czując się jeszcze dziwniej niż minutę temu.
- Nie.
- Skoro tak, to skąd wiedziałeś, żeby przyjść o szóstej? – pytam, już wiedząc, że rzeczywiście nie jest tu z powodu mojego listu, że sytuacja jest jeszcze bardziej zadziwiająca… Kuba wygląda jakby wahał się, czy powiedzieć…
- Rzeczywiście… wiedziałem – chrząka ze śmiechem i z zakłopotaniem.– W ogóle, od jakiegoś czasu, od paru miesięcy, miałem wielką ochotę, żeby nie było zwyczajnie. A dzisiaj spacerowałem po parku. I nagle poczułem, że muszę pójść do Matriksa. Byłem zły na to przeczucie, bo wiedziałem, że jest prawdziwe. A chciałem sam decydować o sobie. Zbuntowałem się i poszedłem w odległy koniec parku. A wtedy poczułem… - znów chrząka i śmieje się przepraszająco – coś słodkiego, miłego. Pobiegłem. Zdziwiło mnie to, że byłem równo o szóstej. Od razu cię zobaczyłem. Twój żółty kapelusz…
Nie wiem, co odpowiedzieć. Patrzę na Kubę i uśmiecham się lekko. Wyglądam jak głupek. Coś powinnam powiedzieć.
- Bo… - zaczynam – ja włożyłam list do książki w bibliotece. Pisałam w nim, że czekam dzisiaj, w tej kawiarni, w żółtym kapeluszu. Na nieznajomego, którego skusiłyby elfy.
- Chciałabyś spotkać elfa? – pyta Kuba.
- Tak.
Wstajemy i wychodzimy z kawiarni. Zza krzaków w parku wychyla się elf. Z jakąś białą kartką.